piątek, 11 września 2015

Prolog.

Brak komentarzy:
--Nie mogę uwierzyć, że to już dziś!-Jinx wpadła do mojego pokoju jak zwykle bez pukania. Spojrzałam na siostrę i uśmiechnęłam się szeroko. To stało się zaledwie 2 miesiące temu.

Jinx ściskała w dłoni pilota i przeskakiwała przez te same kanały już po raz 10. 
-Zdecydujesz się w końcu na coś?-zasyczałam. Blondynka rzuciła mi gniewne spojrzenie i z powrotem wlepiła oczy w przeskakujący obraz. Byłam wściekła, pokłóciłyśmy się dziś pierwszy raz od bardzo dawna i pierwszy raz o taką głupotę. Jinx podrywała dziś chłopaka, o którym dobrze wiedziała że mi się podoba. Miałam ochotę wydrapać jej oczy, a jej złośliwość wcale mi nie pomagała. 
-Nie rozumiem was dziewczęta. Chłopców jest na pęczki, nie warto sprzeczać się o jednego.-powiedział dziadek Adrian wyniosłym tonem. Nie lubił gdy rozmawiałyśmy o chłopcach, dla niego byłyśmy nadal małymi dziewczynkami. 
-Ale nie ma drugiego takiego.-powiedziałam przez zaciśnięte zęby. Jinx nagle wyłączyła telewizor i gwałtownie wstała. 
-Mam dość! Kiedy w końcu do Ciebie dotrze, że to ja jestem tą atrakcyjniejszą?! Spójrz tylko na siebie i pomyśl dlaczego Cię nie chce!-wrzasnęła. Nie wytrzymałam, co jak co, ale nie będzie mnie obrażać. Podskoczyłam i szarpnęłam siostrę za włosy, to było głupie, zachowałam się bardzo dziecinnie, ale nie wpadłam na nic lepszego. Jinx krzycząc zaczęła drapać mnie po twarzy. Z perspektywy dziadka ta scena musiała wyglądać makabrycznie. I nagle wydarzyło się coś dziwnego, powietrze jakby zgęstniało i poczułam że coś obija się o moje plecy. Puściłam siostrę i odwróciłam się. Dokładnie na wysokości mojej klatki piersiowej znajdował się pilot od telewizora, albo inaczej, lewitował pilot od telewizora. Przerażona odskoczyłam w tył wpadając na Jinx. Zaraz za polotem lewitowała kanapa...
-Sandra...-odezwała się moja siostra z nutką przerażenia w głosie. Odwróciłam się do niej i spostrzegłam, że w drugiej części pokoju lewitowało wszystko, włącznie z dziadkiem. 
-Cande! Candelario, TO się dzieje!-krzyczał dziadek z uśmiechem od ucha do ucha.
-A-ale co się dzieje?-wydukałyśmy niemalże jednocześnie. 

Po tym wydarzeniu długo się z Jinx przepraszałyśmy i obiecywałyśmy nie kłócić się o nic podobnego bo przy każdej naszej, nawet najmniejszej kłótni, coś latało albo wybuchało. Dziadkowie wszystko nam wytłumaczyli, na początku nie chciało mi się wierzyć, to wszystko wydawało się tak strasznie niemożliwe, ale mieli dowody, a ja zaczęłam wierzyć. Dotychczas tematem tabu w naszym domu byli nasi rodzice, których nigdy nie poznałyśmy, od tego dziwacznego wydarzenia rozmawialiśmy o nich niemal bez przerwy. Okazało się, że nasi rodzice (jak i dziadkowie) byli czarodziejami. Dziadek opowiadał, że wszyscy nasi przodkowie byli magiczni i bardzo się bali kiedy nie wykazywałyśmy żadnych zdolności. Jakże się ucieszyli kiedy wszystkie meble zaczęły się unosić. 
-Dlaczego dopiero teraz?-spytałam wtedy.
-U każdego jest inaczej, niektórzy wykazują magię już jako małe dzieci, a niektórzy jako prawie dorosłe osoby.-mówił dziadek. Dziadkowie zdecydowali, że najlepiej będzie zakończyć naszą naukę w mugolskiej szkole i kontynuować ją w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. 
-Tak, ja też nadal w to nie wierzę.-ocknęłam się z wspomnień i spojrzałam na siostrę. Mimo, że byłyśmy bliźniaczkami, różniłyśmy się pod prawie każdym względem. Choć charaktery miałyśmy praktycznie identyczne, to wyglądem nie przypominałyśmy siebie nawzajem w żadnym stopniu.
-Chodź na dół, dziadek chce nam jeszcze wytłumaczyć parę rzeczy.-powiedziała blondynka. Wstałam i rękami rozprostowałam spódnicę. Poszłam za siostrą do kuchni. Babcia mieszała coś w garnku, a dziadek siedział przy stole i przeglądał gazetę, której zdjęcia poruszały się.
-Nadal do tego nie przywykłam.-zaśmiałam się. Dziadek spojrzał na pierwszą stronę gazety, na zdjęcie młodego chłopca, po czym złożył ją i odłożył na bok.
-Siadajcie, jest parę spraw o których musicie wiedzieć.-powiedział bardzo poważnie. Zajęłyśmy krzesła naprzeciw niego.
-Słuchamy więc.-powiedziała Jinx kręcąc się na krześle. Obie byłyśmy rozemocjonowane, chciałyśmy jak najszybciej znaleźć się w magicznej części Londynu. Dziadek westchnął ciężko.
-Jesteście takie podobne do ojca...-powiedział, czym ciut zbił nas z tropu. Słyszałyśmy to już nie raz. Nasz ojciec pochodził z Japonii i to po nim odziedziczyłyśmy lekko Azjatyckie rysy.
-Wiemy, dziadku. A noski mamy po mamie.-uśmiechnęłam się. Dziadek kiwnął lekko głową i z jego twarzy znikło wzruszenie, a wróciła typowa dla niego duma. Kaszlnął w zaciśniętą pięść.
-Więc w Hogwarcie są 4 domy.-zaczął-Gryffindor, czyli odwaga i brawura, Revenclaw czyli inteligencja i nauka, Hufflepuff czyli sprawiedliwość i koleżeństwo... i Slytherin, czyli ambicja i chytrość. Pierwszego dnia w szkole staniecie przed Tiarą Przydziału, która umieści was w jednym z nich.-powiedział, a mnie po plecach przebiegł dziwny dreszcz.
-Jestem pewna, że żadna z nas nie trafi do tego, no... Revebclaw'u.-zażartowałam. Junx parsknęła śmiechem, a dziadek uśmiechnął się.
-A ty w którym z domów byłeś?-spytała Jinx. Oparłam głowę na dłoniach i spojrzałam na dziadka.
-Slytherin, podobnie jak wasza babcia i rodzice. I mam nadzieję, że wy również tam traficie, to jedyny rozsądny dom w całej tej śmiesznej szkole.-powiedział dziadek z lekką pogardą w głosie.
-To wcale nie jest śmieszna szkoła, Adrianie.-powiedziała babcia kładąc dziadkowi dłonie na ramiona-Dużo je tam nauczą, dobrze wiesz...
-Wiem.-odparł dziadek spokojnie przymykając powieki.
-Dobrze dziewczęta.-babcia klasnęła w ręce-Czas się zbierać! Jesteście spakowane?
-Tak.-powiedziałyśmy jednocześnie i zaśmiałyśmy się, jak zawsze kiedy to robiłyśmy.
-Więc chodźmy, kierunek Pokątna!-zawołał dziadek wstając z krzesła. Potarł obolałe kolana i uśmiechnął się do nas. Również wstałyśmy i poszłyśmy za dziadkami do samochodu.
-Jak macie zamiar zmieścić tu wszystkie kufry?-spytała Jinx spoglądając na podniszczone BMW dziadka.
-Nie bój nic.-powiedziała babcia żartobliwie. Stałyśmy z boku i przyglądałyśmy się jak wszystkie bagaże wchodzą do bagażnika, a w środku nadal jest miejsce.
-Jak ja kocham magię!-zawołałam i klasnęłam w dłonie.

***

-Co my tutaj robimy?-spytałam kiedy zatrzymaliśmy się pod klubem w tej bardziej obskurnej części Londynu.
-Zaraz się okaże.-powiedział dziadek i bez przekonania pchnął drzwi. Weszłyśmy do środka zaraz za dziadkiem i babcią. Miejsce to było dość dziwne, z pozoru zwykły bar, wyróżniali go klienci. Przy stolikach siedziały kobiety w długich sukniach i szpiczastych kapeluszach i mężczyźni ubrani zbyt elegancko jak na zwyczajnych mieszkańców Londynu. Spojrzałyśmy z Jinx po sobie.W jej oczach płonęły wesołe iskierki.
-No nie mogę, czyżby to był szanowny Pucey?!-wykrzyknął krępy mężczyzna za barem i w tym samym momencie gwar wypełniający to miejsce zamilkł.
-Nie jestem tu dla przyjemności. Musimy dostać się na Pokątną.-powiedział dziadek nie ukrywając odrazy.
-Kim są te piękne młode damy?-ciągnął mężczyzna. Dziadek oparł ręce na biodrach i zaczepił palec na wystającej z jego kieszeni różdżce. Mężczyzna zauważył to i odłożył kufel, który akurat pucował. Wyszedł zza blatu i stanął naprzeciwko dziadka spoglądając ukradkiem na mnie i Jinx. Siostra przysunęła się bliżej mnie.
-Za mną.-powiedział już mniej przyjemnie i zaczął iść. Dziadek chwycił mnie za nadgarstek, a ja zrobiłam to samo z Jinx. Zaprowadził nas na sam tył baru i pozostawił przed brudnym, ceglanym murze.
-Wiesz co robić.-rzucił w stronę dziadka i odszedł. Dziadek wyjął różdżkę, stuknął w kilka cegiełek i wypowiedział coś pod nosem. Następnie mur jakby rozsunął się, nie zdążyłam zarejestrować co dokłądnie się stało. Wiedziałam jedynie, że nie jesteśmy już w Londynie, a przynajmniej nie w tym który znałam. Zza murem panował dość spory ruch. Wszędzie chodzili ludzie, biegały dzieci w czarnych, długich sztach i wszędzie słychać było padające słowo 'Hogwart'. Co wszyscy ludzie przygotowywali się do nowego roku szkolnego, jak my.
-Czas więc na wasze różdżki.-powiedział dziadek i ruszył do sklepu na prawo od nas. Pobiegłyśmy za nim ściskając się za nadgarstki by nie stracić się w tłumie. Przeszliśmy przez drzwi nad którymi zabrzęczał mały dzwoneczek. Zza półki wypełnionej w całości jakimiś głównie czarnymi pudełeczkami wyszedł siwy mężczyzna.
-W czym mogę pomóc?-spytał z życzliwością.
-Moje wnuczki rozpoczynają naukę w Hogwarcie, nie mają jeszcze różdżek.-rzucił dziadek mrużąc oczy.
-Ależ oczywiście.-uśmiechnął się mężczyzna i spojrzał na mnie-Jak się nazywasz młoda damo?
-Sandra Melissa Whiter.-przedstawiłam się. Sprzedawca zrobił krok w tył.
-A więc Whiter'ówna...-szepnął i zniknął za regałami. Wrócił po chwili z podłużnym pudełkiem w dłoniach. Otworzył je i wyciągnął w moją stronę. Spojrzałam na niego pytająco.
-Wypróbuj.-powiedział z uśmiechem. Wzięłam różdżkę do ręki. Była długa i ciut ciężka. Znów spojrzałam na sprzedawcę, nie wiedziałam co robić.-Machnij.-powiedział wykonując w powietrzu ruch ręką. Zrobiłam jak kazał. Stos książek leżących na ladzie wyleciał w powietrze. Przestraszona zakryłam usta rękami.
-Ta nie pasuje.-powiedział i delikatnie wyjął mi narzędzie z rąk po czym znów zniknął za regałami.
-No ładnie siostrzyczko.-zachichotała Jinx. Odwróciłam się i pokazałam jej język.
-Zachowujcie się!-syknął dziadek.
-Ta powinna być idealna. Jodła, pióro feniksa, 12/3 cala.-mówił mężczyzna, a ja nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Różdżka którą teraz mi przyniósł była lekka i nie tak sztywna jak poprzednia. Tym razem nic nie wyleciało w powietrze, a sprzedawca wesoło stwierdził, że ta różdżka mnie wybrała. Byłam naprawdę szczęśliwa, choć nadal nie bardzo w to wszystko wierzyłam. Po dopasowaniu różdżki do Jinx, co okazało się o wiele trudniejsze, zapłaciliśmy i ruszyliśmy dalej. W końcu miałyśmy już wszystkie potrzebne książki, kociołki i szaty. Nadszedł więc czas udać się na pociąg.


czwartek, 10 września 2015

Bohaterowie.

1 komentarz:

Sandra Melissa Whiter

Ciekawska i odważna. Jeżeli ustali sobie jakiś cel to nie spocznie dopóki go nie osiągnie, porażka nie wchodzi w grę. Zna swoją wartość i lubi siebie. Dość arogancka i pyskata. Towarzyska i ufna, co uważa za swoją wadę.  




Jinx Cecyli Whiter

Arogancka, pewna siebie i ciekawska. Uwielbia wścibiać nos w nie swoje sprawy, bardziej interesuje się życiem innych niż swoim. Jej popularna, lecz nie lubi się otaczać setką ludzi. Jej mottem jest "po trupach do celu".


Candelaria Pucey

Kobieta dumnie wychowująca siostry Whiter, ich babcia. Czarownica żyjąca w mugolskim świcie z powodów prywatnych kłopotów. Ciepła i rodzinna, choć nie zawsze taka była. Mimo nienawiści do mugolów zmuszona została zamieszkać w ich świecie. Ponad wszystko kocha wnuczki i byłaby w stanie oddać za nie życie.


Adrian Pucey

Mężczyzna dumny i wyniosły, dziadek dziewczyn. Zatwardziały czarownik z trudem utrzymuje swoją moc w tajemnicy. Nie przepada za nikim oprócz swojej rodziny i podobnie jak żona bardzo kocha wnuczki.






Draco Malfoy



Pansy Parkinson



Hermiona Granger






Ron Wesley

oraz inni uczniowie Hogwartu